Ta czarodziejka to moja pierwsza i ukochana Maruyama, wymarzona i ta od której się wszystko zaczęło
Do 7 miesiąca Julka praktycznie kilka razy - w największe upały - była w wózku, poza tym noszona w chuście. Pierwsze spacery cudowna bliskość i to, że chyba dzięki temu zaczęłam ufać swojej intuicji bardziej niż krakaniom typu: czemu bierzesz ją do łóżka? Do osiemnastki się jej nie pozbędziesz. Nie możesz lecieć za każdym razem jak płacze,musi sobie płuca wyrobić itp.
Ale do czego zmierzam: tak się złożyło, że los rzucił nas do Niemiec, a ja nigdy w życiu nie uczyłam się niemieckiego. Gdy dojrzałam do myśli, że Julka jest na tyle duża żeby wieczorami zostać z tatą w domu szukałam kursu. Aż tu się okazało, że są kursy dla mam z dziećmi - mamy na lekcji w jednej sali, dzieci z opiekunkami w drugiej. Oczywiście dylemat - czy nie za mała na takie rozstanie, czy wytrzyma, czy będzie rozpaczać etc. Jesteśmy po 3 spotkaniach - panie opiekunki zachwycone, Julka jest jedynym dzieckiem, które nie wyje jak mama sobie pójdzie. Owszem raz się rozżaliła, ale przez wybudzenie z drzemki. Poza tym bawi się, rozrabia, zje co jej przygotuję. Dla mnie - kamień z serca i powód do dumy. No i oczywiście refleksja - czy to dzięki chuście? Czy było by to potwierdzenie teorii, że dzieci wynoszone są bardziej odważne, kontaktowe etc? Oczywiście to moje dywagacje, a jak by było bez chusty już się nie dowiem. I dobrze![]()



Odpowiedz z cytatem





