U nas to standard. Jak jest gorszy humor to w autobusie jak jedzie to jeszcze jak Cie mogę, ale przystanki i światła i od razu marudzenie, kwilenie, popłakiwanie, jęczenie... Jak jest bardzo źle to trzeba stanąćAlbo wysiąść :/
Ludzie jednak nie zdają sobie sprawy, jak moje dziecko darłoby się niezadowolone w wózku ;P
Mi się wydaje, że to nie jest kwestia noszenia, ale kwestia podejścia, że dzieci są "dobrem narodu", więc wszyscy możemy je wychowywać, a jak są odpowiednio małe to pouczać matki, jak to powinny robić, bo my się tak o nie troszczymy. Chusta czy nie chusta, zawsze się znajdzie "dobra dusza". Czasem to jest sympatyczne, a czasem niespecjalnie (zależy od człowieka). Innym razem mąż szedł sam z córką na brzuchu i jakieś panie się roztkliwiały, że tak ślicznie i słodko, a jak je minął to jeszcze usłyszał jak mówią do siebie: "Ale tak bez skarpetek?!"
Szkoda, że podejście "dzieci dobrem narodu" nie przekłada się na bycie pomocnym ciężarnym i matkomJednak w chuście w 90% przypadków siadam bez proszenia o miejsce. Jak wjeżdżam wózkiem to w 50% muszę się przepychać w autobusie, aby zając ten kawałek przeznaczony dla wózku. Często wsiadam i nikt nie drgnie. Nie mówiąc o zerowej pomocy przy schodach w mieście. Suma sumarum wolę o wiele bardziej te 2 na 10 złośliwych/pouczejaącyh komentów w chuście niż codzienny wnerw na to, że muszę walczyć, aby wózkiem przejechać.




na szczęście nikt się nie odezwał
Odpowiedz z cytatem