A ja już nie mam siły.
Rodzę za niecałe 2 miesiące. Pieluszki wielo kupiłam już w połowie ciąży. Początkowy entuzjazm znajomi i rodzina zabili we mnie natychmiast.
Przestałam mówić, zaczęłam kompletować pieluchy i wkłady w tajemnicy. Nawet przed mężem, bo on też jest w "gronie szyderców".
Teraz pomieszkujemy na chwilę u moich rodziców (bo nasze mieszkanko w remoncie) i moja mama co chwila komentuje, jaka to ja jestem głupia, że takie pieluchy wybieram, że na mózg mi padło, że pampersa to mogłabym pól dnia trzymać na pupie dziecka (szok!), bo ona tak robiła z moją młodszą siostrą i było super (szok nr 2!!!).
Było, że ryczałam po nocach, gdy znajomi ze śmiechem robili zakłady, czy wytrzymam tydzień czy tylko do pierwszego prania.
Teraz nie płaczę, tylko robię się agresywna!
A chwilami sama zaczynam wątpić, czy to ma sens i po co ja chcę to zaczynać.
Mój mąż w kłótniach nazywa mnie "wariatką ratującą wielorybki za pomocą tetry".. Zonk... Nie wiem, skąd mu się te wieloryby wzięły... Chyba stąd, że postanowiłam nie kupować kotom i sobie tuńczyka, bo wyczytałam, że tuńczyków jest coraz mniej na świecie i mogą wyginąć.
Przykre, gdy się nie ma wsparcia w nikim. Naprawdę w nikim! Aż się przestaje chcieć...
Ale i tak spróbuję.
Wydałam mase kasy na pieluchową wyprawkę.
