Więc dziś Michaś był noszony w Tuli! Ponownie obeszło się bez płaczu! W sumie nie wiem jak długo był noszony, bo Tuli tak łatwo się zakłada, że jak musiałam małego wyjąć do karmienia lub przewijania, to potem zaraz znowu go pakowałam do Tuli A jak wrócił małż z pracy, to też chciał synka w nosidle Do manduci tak się nie palił jakoś, bo się gubił w klamerkach, a tutaj myk myk i założone miał Mało tego! Kiedy Michał płakał poza nosidłem i został w nim zainstalowany, uspokoił się! Jak to się mówi: staliśmy nad brzegiem przepaści, ale teraz zrobiliśmy wielki krok naprzód!
Małż robił sobie kawusie w ekspresie (spokojnie - Michał był daleko od wrzątku)