Nasza historia. Syn ma taki charakter, że zniechęca się, kiedy nie ma natychmiastowych efektów, a umiejętność czytania, nie przyszła mu łatwo. W dodatku dla mnie było to podwójnie trudne, bo ze swojego dzieciństwa pamiętam etap, że pokazywano mi poszczególne literki, a następnie, pstryk i już czytanie. Umiejętność sprawnego czytania, pomijając już wszystkie te kulturowe sprawy, kształcenie wyobraźni i "nie wyobrażam sobie, żeby MOJE dziecko nie czytało", jest według mnie po prostu konieczna na dalszych etapach nauki do tego, żeby efektywnie przyswajać wiedzę. Miałam więc kryzys rodzicielski, doła i dylemat, czy zmuszać do czytania, żeby wyćwiczyć tę umiejętność i zaryzykować, że dziecko znienawidzi czytanie na całe życie, czy odpuścić i, jakby to delikatnie ująć, ryzykować niepowodzenia edukacyjne. Padło na przymus. Zmuszałam do codziennego czytania. W międzyczasie mąż wyskoczył z turniejem czytelniczym, o to, który z nich przeczyta więcej książek w określonym czasie i z atrakcyjną nagrodą za ewentualne zwycięstwo dla Młodego. Pomysł mi się nie spodobał, ale skoro już padł... Efekt, Młody opanował umiejętność szybkiego czytania, polubił czytanie (zanim zaczęły się mniej interesujące lektury szkolne), sporą część wolnego czasu spędza czytając. W dodatku w maju okazało się, że ma +6 dioptrii, to z pewnością nie ułatwiało mu sprawy.



Odpowiedz z cytatem