My byliśmy w Kolonii, gdzie Młody wytrzymał chwilę zawiązany na plecach (dziękujemy! ).

Potem ruszyliśmy ambitnie szukać, gdzie ten Park Sowińskiego. Kiedy wysiadaliśmy z autobusu, padało - kiedy dotarliśmy do parku, lało jak z cebra :-/ Wypatrzyła nas (co nie było chyba proste, bo Młody był totalnie schowany) pani z plakietką Klubu Kangura (tak patrzę po zdjęciu, że to mogła być Aga... ale nie wiem... w każdym razie pozdrawiamy ), że o chustowi! ... i że niestety chustowe stoisko się zbiera z powodu ulewy.

Ponieważ lało nieprzytomnie, schowaliśmy się w najbliższym namiocie, gdzie - jak się okazało - miała warsztaty ta sama pani, która nas zamotała wcześniej w Kolonii. No to postaliśmy chwilę jako żywa reklama chustowania, a gdy to mokre i krótkie spotkanie też dobiegło końca, ruszyliśmy na poszukiwanie najkrótszej drogi do domu, choć nadal padało.

Dzięki powrotowi w strugach ulewnego deszczu udało mi się potwierdzić dumnie głoszone hasło, że nie jestem z cukru. Oraz stwierdzić z ulgą, że chusta + pelerynka infant (nieprzemakalna) + moja kurtka (baaardzo przemakalna) to osłona nie do przebrnięcia dla ulewy. Młody był suchutki, cieplutki i radosny, deszcz chyba mu się podobał ... niemniej zaczynam się zastanawiać nad jakąś pelerynką dla dwojga.