-
jak bylam sama, tzn zanim poznalam drugiego meza, to conajmniej trzy lata z rzedu jezdzilam sama z corka nad morze, zazwyczaj na tydzien.
Zawsze bralam kuszetke, bo bezpiecznie i spalam z mala. Ale ona juz byla w wersji chodzacej, takze wozek odpadal, pamietam jednak, ze nad samym morzem czasem mi go brakowalo, bo musialam ja nosic, jak chcialam gdzies dalej sie wybrac cos zwiedzic.
-
Ależ ja się też załatwiałam ;) Nela stała obok, ja ją trzymałam za rączkę a sama wisiałam tyłkiem nad kibelkiem (bo nie siadam w pociągu na tych ustrojstwach) A w miejskich kibelkach to i tak miałam młodą na plecach, więc swobodnie siusiałam z nią ;)
-
ja napisałam że sobie nie wyobrażam z dwójka -bo i w domu z nimi zostac cały dzień to jest hardcore...
po prostu kto nie zna Damiana - nie bedzie wiedział o co chodzi...
w każdym razie określenie "zywy" to jest najłagodniej jak tylko można....
wczoraj z nim byłam w CZD - podróż autobusem (Maciuś został z babcią) - masakra ledwo go mogłam utrzymać w miejscu - kopał ludzi (niechcacy oczywiscie)
kilka razy o mało nie wpadł pod samochód itd...w pociągu było by strasznie.
o toalecie zapomnieć chyba bym mogła - macka nie postawię (jeszcze nie siedzi nawet)
a Damiana żadną siłą nie utrzymam w kabinie....
nie mówiąc juz o bagazy który bym musiała zabrac (kilka ciuchów na zmiane dla siebie damian i Macka (maciek wciąz ulewa, Damian czyms sie zaleje na bank a moze i kogoś) puszkę mleka, termos, kanapki ...chyba plecak ze stelazem...
-
No muszę powiedzieć, że taki kawał drogi z dzieckiem to jednak nie byle co :) My połowę tej trasy robimy jakieś 5 razy do roku, tam i z powrotem (jednak dziadkom też się wnuczka należy) Wózka do pociągu niet, bo i miejsca brak, i rąk. Młoda na plecy, a ogromna waliza do ręki. Teraz już chodząca, więc z toaletą nie ma problemu. A jak jeszcze nie chodziła, to wiązałam ją na brzuchu i sama skorzystać mogłam. Ale bądźmy szczerzy, wersal to nie jest, więc starałam się "trzymać" do końca podróży.
Mimo wszystko gratuluję odwagi, bo czasem na niezłe przypadki można trafić :)
-
Ha! trzeba będzie potrenować przewijanie na stojaka:)
-
No rewelacja!!! Brawo dziewczęta!!! Super się czyta takie posty, znaczy, że z dzieckiem można wszystko skoro z Gdyni do Krakowa da radę :) Gratuluję odwagi, ja bym się chyba z Antim nie odważyła, ale to wybitnie ruchliwe i gadatliwe dziecko ;)
-
Podziwiam i zazdraszczam - i wycieczki do Krakowa (dawno nie byłam i się stęskniłam), i odwagi, i w ogóle :)
-
Chylę czoła przed pokonaną odległością! Bo ja bym sobie wcześniej wysnuła w myśli widok mojego dziecięcia ryczącego wniebogłosy przez, np. 2 h., bo zasnąć nie może w nowym miejscu :) I do tego szczęśliwi współpasażerowie :)
Podziawiam, dziewczyny, podziwiam. I może się zainspiruję...?
-
ja do rodziców jeżdziłam 3 razy pociągiem z Lodzi do Sz-na a ostatni raz to byłam już w ciąży z kolejnym :) przewijanie na stojaco lub na siedzeniach, ludzie przeważnie uprzejmie na ten moment ustępowali mi miejsca :) ale zawsze byłam podróżą umęczona. teraz z dwójką sobie nie wyobrażam, choć chcę z nimi polecieć samolotem do Włoch, ale to o wiele krócej no i stewardessy pomagają.