Jak nam chusta życie uratowała... ;)
Kończę jeść obiad, Mała w foteliku zajęta gryzakiem, a tu buch! i nie ma światła. Wywaliło nam korek na klatce, w domu jakiś zapasowy był, ale nie pasował (bo po co;)). Dochodziła 15, więc powoli robiło się szaro, stwierdziłam że najszybciej będzie zapakować Zuzię w chustę (elektryczny mamy za rogiem niemalże). Co niezwłocznie uczyniłam, ale okazało się że elektryczny zamknięty na czas urlopu.... :twisted: Poleciałam więc dalej do lokalnego centrum handlowego (z lat 70. żeby nie było;)) - i tam oczywiście korek dostałam;) Ale gdybym była wózkiem, miałabym do pokonania strome schody na wysokie pierwsze piętro peerelowskiego pawilonu, nieprzystosowanego oczywiście do wózków... (i pustego o tej porze, co oznacza że nie bardzo miałabym kogo prosić o pomoc, zresztą i tak najprawdopodobniej trafiłabym na emerytkę o kuli...). Nie mówiąc już o tym, ile czasu i wysiłku oszczędziłam rezygnując z ubierania Zuzi do wózka, znoszenia gondolki na dół, składania wózka itp itd...
Niech żyje chusta :mrgreen: